Zima, namiot i góry – Beskid Żywiecko-Orawski – 21-23 lutego 2026

Na Sokolicy

Przysłowie ,,Natura ciągnie wilka do lasu” zadziałało w naszym przypadku już po raz kolejny. Po zimowych wyprawach z namiotem w Bieszczadach, Beskidzie Niskim, Tatrach Niżnych, Małej Fatrze tego roku padło na Beskid Żywiecki. To tutaj postanowiliśmy sprawdzić się w surowych warunkach. Plan zakładał przejście szlakiem granicznym od Krowiarek do … chcieliśmy jak najdalej w ciągu 4 dni, w kierunku zachodnim.

Na przełęczy meldujemy się 21 lutego około godziny 7:00 w trzyosobowym składzie: Adam, Jacek i Witek. Pogoda o poranku miło nas zaskoczyła, gdyż była inwersja i temperatura wahała się w okolicach minus 6 stopni, gdzie w dolinach oscylowała w przedziale -10 do -12 stopni. Po założeniu plecaków, w których mamy wszystko, by przetrwać 4 dni bez robienia zakupów (ważą po około 20 kg każdy) ruszamy ku przygodzie. Od razu na rozgrzewkę dostajemy niezły wycisk, gdyż początkowe podejście czerwonym szlakiem na Diablak nie należy do łagodnych, a te kilogramy niesione na plecach nam nie pomagają. Drogę umila nam piękna, zimowa sceneria i skrzypiący śnieg pod butami. Wraz z nabieraniem wysokości odsłaniają się pierwsze widoki na Mosorny Groń, Halę Śmietanową czy Policę, a po dotarciu na Sokolicę ukazuje nam się najwyższy szczyt na jaki wejdziemy podczas naszej wyprawy czyli Babia Góra (1725m). Po krótkim odpoczynku, który wykorzystujemy na mały posiłek i parę łyków ciepłej herbaty, ruszamy dalej. Pomału, krok za krokiem wchodzimy w pasmo kosodrzewiny, która też się wkrótce kończy. W oddali widać Tatry, widoczność jest pierwsza klasa…do czasu. Jak to często bywa na tej górze, gdy docieramy na szczyt wchodzimy w chmurę i z widoków już nic nie pozostaje. Na dodatek mocno wieje, co potęguje odczucie zimna, więc robimy parę zdjęć i zaczynamy schodzić w kierunku przełęczy Brona (1408m). Idzie nam to dość sprawnie i około godziny 11 robimy tam kolejny odpoczynek na posiłek.

Zejście na Przełęcz Jałowiecką

Stąd kierujemy się na Małą Babią (1517m), zmieniamy kolor szlaku z czerwonego na niebieski. Od razu zauważamy, że jest rzadziej wybierany przez turystów – jest zdecydowanie mniej przetarty, czasami zapadamy się w śniegu po udo. Tutaj przydałyby się rakiety śnieżne, ale ich nie zabraliśmy. Sytuacja poprawia się, gdy ponownie wchodzimy na czerwony szlak na Żywieckich Rozstajach. Mijają minuty, godziny, a my pokonujemy kolejne kilometry przechodząc przez następne szczyty (Jałowcowy Garb 1017m, Mędralowa 1169m). Tego dnia postanawiamy przenocować w bazie namiotowej Głuchaczki. Na miejscu okazuje się, że mamy do dyspozycji wiatę (w sezonie letnim pełni pewnie rolę budynku gospodarczego), co prawda bez drzwi i z nieszczelnymi oknami, ale z dachem. Jesteśmy zmęczeni, a czeka nas jeszcze kilkadziesiąt minut poświęconych na rutynowe czynności takiego biwakowania, czyli: zamianie śniegu w gorącą wodę przy pomocy kocherów, przygotowaniu ciepłego posiłku (liofilizowanego) oraz herbaty do termosu na następny dzień. Po tym wszystkim możemy w końcu wskoczyć do ciepłych śpiworów i zasnąć. Pierwszego dnia przeszliśmy prawie 18 km, suma podejść 1085 m, suma zejść 1243 m.

Szelust (Beskid Krzyżowski)

Kolejny dzień zaczynamy po godzinie 6-tej. Noc minęła nam spokojnie, mimo braku drzwi nie mieliśmy nieproszonych gości. Gotujemy wodę na herbatę, zjadamy śniadanie, pakujemy swój dobytek do plecaków. Żartujemy, że plecaki będą lżejsze, bo ubyło prowiantu. Pogoda na pierwszą część dnia zapowiada się dobrze, lekki mróz i trochę słońca. Miejsce naszego noclegu opuszczamy przed godziną 8:00. Tak jak poprzedniego dnia na samym początku czeka nas spore podejście, prawie 210 metrów do góry na Jaworzynę (1048m). Ze szczytu widzimy, że z oddali nadciągają chmury i pogoda będzie się zmieniać na gorszą. Do przełęczy Glinne (808m) pokonujemy jeszcze trzy szczyty: Beskid Krzyżowski (923m), Westka (954m) i Student (938m). W przeciwieństwie do wczorajszego dnia tym razem szlak jest pusty, wędrujemy sami.

Podejście na Pilsko

Po około 4 godzinach, mijając dawne przejście graniczne wstępujemy do restauracji po stronie słowackiej skuszeni drogowskazem ,,Kofola”. Popijając smaczny napój i siedząc na wygodnych sofach trudno nam się zebrać do dalszej wędrówki. Powód jest jeden, czeka nas teraz podejście na polski wierzchołek Pilska (1533m) niebieskim szlakiem, 725 metrów ciągłego podejścia. W końcu stawiamy czoła wyzwaniu i ruszamy. Jest ciężko, bo do tej pory pokonaliśmy już 9,5 km (492m w górę i 533m w dół). Krok za krokiem nabieramy wysokości. Na odejściu czerwonego szlaku w kierunku schroniska na Hali Miziowej robimy odpoczynek i zjadamy drugie śniadanie. Zaczyna padać śnieg, zbocza góry powoli otulają chmury, widoczność się pogarsza, zaczyna mocniej wiać. Po wyjściu z granicy lasu te zjawiska się potęgują. Na szczycie widoczność spada do kilkudziesięciu metrów. Szybkie zdjęcie dokumentujące, że tu dotarliśmy i zaczynamy schodzić. Schronisko omijamy, idziemy cały czas szlakiem granicznym. Pokonujemy jeszcze około 5 km i za Marszałkową (1219m) postanawiamy poszukać miejsca na rozbicie namiotów. Schodzimy troszkę ze szlaku by między drzewami na w miarę płaskim terenie usunąć łopatami warstwę śniegu, udeptać podłoże i rozbić nasze ,,domy” na dzisiejszą noc. Następnie wykonujemy rutynowe czynności związane z pozyskaniem wody, zjedzeniem ciepłego posiłku. Siedząc już w namiotach słyszymy odgłosy padającego deszczu…tak deszczu, ponieważ pogoda się sprawdziła i przyszła odwilż. Drugi dzień to prawie 19 km, suma podejść 1342 m, suma zejść 985 m.

Nasze namioty w okolicy Trzech Kopców

Poranek wita nas odgłosami padającego deszczu. Leżymy w śpiworach dłużej czekając na poprawę pogody. Ta nadchodzi po godzinie ósmej. Pakujemy plecaki i składamy namioty, tropiki są całe mokre, dłonie nam szybko marzną, gdyż temperatura waha się ciut ponad zerem. Ruszamy przed godziną 10:00 kierując się w stronę Trzech Kopców (1213m). Tam skręcamy w lewo za niebieskim szlakiem. Idzie nam się fatalnie, każdy krok powoduje zapadanie się w rozmiękłym śniegu, każda koleina pod warstwą śniegu skrywa wodę, buty są na granicy przemoknięcia. Nasze morale bardzo spadło.Po około 3 godzinach docieramy do bacówki na Krawcowym Wierchu (1041m). W środku jesteśmy sami, w kominku pali się ogień, jest ciepło i przytulnie. Sprawdzamy jeszcze prognozę pogody na najbliższe godziny i noc…mają przechodzić opady deszczu, temperatura na plusie czyli odwilż na całego. Podejmujemy ostateczną decyzję o zakończeniu dzień wcześniej naszej przygody. Przed nami jeszcze zejście żółtym szlakiem do Glinki skąd mamy załatwiony transport do domu. Ostatniego dnia pokonujemy 13,5 km, suma podejść 281 m, suma zejść 867 m.

W ciągu całej wyprawy (3 dni) pokonaliśmy 50,5 km, suma podejść 2708 m, suma zejść 3095 m. Myślę, że na takie warunki i prawie 20 kg na plecach to ładny rezultat. Pogoda nas nie rozpieszczała. Mieliśmy wszystko, od słonecznej i mroźnej aury po zachmurzoną i wietrzną z opadami śniegu i deszczu. Człowiek podczas takiej wyprawy, walcząc ze swoimi słabościami poznaje granice swoich możliwości, siłę charakteru. Ktoś zapyta czy było warto tak się męczyć? Bez wahania odpowiadam, że tak. Ta wyprawa, zresztą jak każda poprzednia, pozostanie w naszej pamięci na długie lata. Do zobaczenia, gdzieś na szlaku.

Witold Różycki